O tenisie.O podwójnych klopsach serwisowych, niewymuszonych błędach i crossing-volleyach na największych arenach świata. Tytuł z inspiracji wypowiedzi taty Radwańskiego.

Kategorie: Wszystkie | ATP | Agnieszka Radwańska | Gwiazdy | Pekin2008 | Raj na korcie | WTA
RSS
wtorek, 24 sierpnia 2010

US Open to ostatni Wielki Szlem roku. I wielka szansa Agnieszki Radwańskiej na spełnienie obietnicy rzuconej kibicom tenisa przez jej ojca.

Robert Radwański w kwietniu nakreślił jasny plan kariery swoich córek: - Agnieszka w „piątce”, Ula w „50-tce” - mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.
Wtedy można było z powątpiewaniem kiwnąć głową. Młodsza Radwańska przechodziła rehabilitację po urazie i operacji kręgosłupa. Starsza zamiast bić się z ikonami kobiecego tenisa - siostrami Venus i Sereną Wiliams - męczyła się i często przegrywała z zawodniczkami spoza elity rankingu WTA.
Dnem absolutnym najlepszej polskiej tenisistki była zawstydzająca kłótnia z tatą podczas Roland Garros w Paryżu. - Zamknij się, idź stąd! - krzyknęła z kortu w odpowiedzi na złośliwe komentarze Radwańskiego.
Po tym zdarzeniu wiele osób z tzw. „środowiska” głośniej zaczęło nakłaniać ojca do rozstania zawodowego z córkami.

Ale po chwilowym wyciszeniu rewolucja nie nastąpiła. Tenisowa familia przetrwała, a co najważniejsze wyniki Agnieszki Radwańskiej zaczęły przypominać, że jest ona ścisłą światową czołówką. Młodą, wciąż obiecującą zawodniczką, ale którą już dziś stać na zwycięstwa w ważnych turniejach i lepszy ranking niż dotąd najwyższa „ósemka”.

Przed US Open Polka gra dobrze. Była w finale w San Diego (przegrała ze Swietłaną Kuzniecową), w Stanford w półfinale pokonała ją Maria Szarapowa, podobnie w Cincinnati (w 1/8 finału). Jednak Rosjanka jest dziś bardzo silna i będzie główną faworytką do tytułu w Nowym Jorku.

Radwańska gra teraz swój może najlepszy tenis,
poprawiła serwis, który wraz ze wzrostem mięśni ramion Agnieszki zyskał na sile. Dość powiedzieć, że dobry występ w US Open może przesunąć ją w rankingu WTA nawet na 6. miejsce. Blisko obietnicy taty Radwańskiego.

niedziela, 06 czerwca 2010

French Open 2009 zapamiętałem dzięki m.in. powrotowi króla Federera, jego triumf w Paryżu był magiczny. Ale wcześniej wielkiego rywala Szwajcara wyeliminował Szwed. Robin Soedreling. W finale już poległ.

W 2010 roku powodów do zapamiętania Roland Garros jest więcej. Słaby, kolejny niestety poniżej oczekiwań, występ Radwańskiej, żenująca awantura z ojcem, która uświadamia ostatnim niedowiarkom, że w tym układzie dzielenie roli córka/zawodniczka jest niemożliwe, jeśli ambicją jest wspominane przed sezonem top 5, top 3 nawet, a nie przeciętność w "20-30".
Ale były też sensacje, które okrasiły French Open. Odpadnięcie obu sióstr Williams i niesamowity finał Schiavone - Stosur. Dowód, że siłowy tenis potrafi być piękny. Także przed 30-tką.

Teraz czas na jeszcze jeden piękny moment, zamknięcie pętli. Oto Soederling eliminuje Federera, któremu coraz częściej - i się nie dziwię - w głowie dzieci, a nie tenis - i w finale mierzy się z Nadalem. Hiszpan chce wrócić na pozycję no 1. Równo rok po detronizacji. Takie historie pisze tylko sport.

Finał Nadal - Soederling na Sport.pl na żywo w niedzielę od 15.

PS: Siostry - na razie bez tenisa.

piątek, 14 maja 2010

Mało jest w Polsce turniejów, w których biorą udział trzej sportowcy sklasyfikowani w najlepszej dziesiątce świata. Polsat Warsaw Open jest takim tenisowym wyjątkiem

Caroline Wozniacki (Karolina Woźniacka), Dunka polskiego pochodzenia, to najgorętsze nazwisko w rozgrywanym od 17 maja na kortach Legii turnieju. O ile zaszczyci go swoją obecnością… 29 kwietnia w Stuttgarcie tenisistce odnowiła się kontuzja kostki. Dwa tygodnie to może być mało, by w pełni wyleczyć uraz.

Jej absencja byłaby dla organizatorów katastrofą, bo Caroline jest prawdziwą światową gwiazdą. Zajmuje drugie miejsce w rankingu WTA jedynie za słynną Sereną Williams, wygrała siedem turniejów, w zeszłym roku dotarła do finału prestiżowego US Open. I to wszystko nim skończyła 20 lat!

Ale najważniejsze, że choć urodziła się w Odense to świetnie mówi po polsku, jej rodzice (Piotr – były piłkarz m.in. Miedzi Legnica i Zagłębia Lubin, Anna – niegdyś siatkarka reprezentacji) są Polakami. To czyni z niej naturalną faworytkę widowni.


- To świetna sprawa mieć bliską przyjaciółkę w czasie turniejów. Lubimy razem robić zakupy, podobają nam się te sam rzeczy, czasem nawet kupujemy te same ciuchy – mówi Wozniacki? O kim?

O wielkiej nieobecnej - Agnieszce Radwańskiej, najbliższej przyjaciółce. Najlepsza Polka nie zagra, bo - tajemnica poliszynela - wciąż nie chce się zagoić spór między rodziną Radwańskich a Stefanem Makarczykiem, dyrektorem turnieju. W 2009 roku Agnieszka wycofała się w ostatniej chwili skarżąc się na ból pleców, choć nikt nie ukrywał, że doszło do konfliktu o tzw. startowe (zazwyczaj kilkadziesiąt tysięcy dolarów). - Zapadły pewne ustalenia między nami, a potem się z tego wycofano, tyle mogę powiedzieć otwarcie - zaznaczał Robert Radwański, ojciec i trener.
Uraza najwyraźniej nie minęła. W Warszawie z dzikimi kartami (bo mają zbyt niski ranking) zagrają od razu w turnieju głównym jedynie Katarzyna Piter i Marta Domachowska.

Na szczęście na liście zgłoszonych tenisistek są sławne nazwiska, które pozwalają o Polsat Warsaw Open mówić jako o najważniejszym turnieju tenisowym w naszym kraju. Będzie (ma być?) Jelena Dementiewa, świetna Rosjanka, finalistka Australia Open i Roland Garros, dziś szósta na świecie, będzie Marion Bartoli, najlepsza Francuzka, silna, agresywna i bardzo spontaniczna na korcie. Będzie Melanie Oudine nastoletnia nadzieja Ameryki, będą znakomite Chinki – Na Li i Jie Zeng i nieobliczalne siostry Alona i Katerina Bondarenko z Ukrainy a także inne „Polki” - Sabine Lisicki reprezentująca Niemcy i Aleksandra Woźniak (Kanada).

Może nie ma w tym gronie takiego nazwiska jak Maria Szarapowa, która rok temu w Warszawie powróciła do tenisa po kontuzji, ale też pamiętajmy, że to nie sławna i piękna Rosjanka, ale szerzej nieznana Rumunka Alexandra Dulgheru triumfowała w finale.

Z tego słynie ten turniej od zawsze – kreuje gwiazdy i sypie niespodziankami. A to gwarancja emocji.Tylko aby nie było tak, jak szepczą złośliwi, że te najlepsze po dwóch rundach nagle doznają niespodziewanych porażek, aby zdążyć odpocząć przed Roland Garros...


PS: Może kiedyś na Warsaw Open...

środa, 17 marca 2010

Agnieszka Radwańska w półfinale Indian Wells. Czapki z głów. Najlepszym podsumowaniem to wideo. Owacja na stojąco!

Radwańska pokonała Jelenę Dementiewą 6:4, 6:3, Rosjankę, której mecz podczas Australian Open z Justine Henin uważałem dotąd za pokaz roku. Agnieszce Jelena co prawda dość obficie pomagała m.in. niewymuszonymi błędami, ale ponieważ jest to jeden z nierozłącznych atrybutów gry w tenisa czepiać się nie mam dziś zamiaru - Radwańska gra mocniej, dokładniej, biega szybciej, nie polega już tak bardzo na defensywie, umie zaatakować jak nigdy, trochę lepiej nawet serwuje. I... urosła w barach. Co prawda rękę ma wciąż dwa razy szczuplejszą od Rosjanki, ale widać gołym okiem, że zima była ciężka na siłowni. Czy Indian Wells pokazuje, że to był dobry kierunek? Że po odpoczynku nabrała świeżości i przyszła dokładność? Na rozstrząsanie przyjdzie jeszcze czas - teraz feta.

PS: Skomplikowana teoria na temat czterech zatok i ich wytwarzania.

piątek, 29 stycznia 2010

W piątek ok. 9.30 polskiego czasu wyjdą na kort w Melbourne Jo-Wilfried Tsonga i Roger Federer, by stoczyć półfinałowy bój w Australian Open. To mecz, po którym obiecuję sobie wiele emocji i wiele spektakularnych, czysto tenisowych przeżyć. Oddam głos innym.

Według wielu ekspertów jedynym, który mógłby w Australii pokonać Federera był ten, który na mistrzostwach ATP w Londynie i niedawno w Doha ograł go, jednocześnie pokazując tenis nieziemski. Nikołaj Dawidienko. Atleta. Z każdym uderzeniem wypracowanym - to słuszne porównanie Kuby Ciastonia z "GW" i Sport.pl - niczym w grze komputerowej. Bezbłędny. Nie do ugryzienia. Z każdą piłką lepszy, twardszy, dokładniejszy. Prowadził ze Szwajcarem 1:0 w setach, miał go w drugim na widelcu (3:1 i 40:15)...

Federer u Matsa Wilandera w programie "Gem, Set, Mats" w Eurosporcie. Pytany, co się stało na początku meczu z Dawidienką, jak zdołał odwrócić losy pojedynku. Wolne tłumaczenie: "Well, zawsze, gdy wiem, że gra toczy się do trzech wygranych setów, po pierwszym przegranym myślę sobie - nic to. W połowie drugiego łapię się na tym, że już czas i zaczynam wygrywać".

Geniusz.

Wojciech Fibak w tie-breaku pierwszego seta meczu Tsongi z Novakiem Djokoviciem nazwał go i Wilanderem, i Connorsem, i Beckerem, i Agassim, a po ostatnej piłce partii nawet Lendlem, zachwycony jego serve & volley. To było wspaniałe oglądać najpierw, jak Francuz przegrywa III seta puszczając 13 (!!!) piłek pod rząd, a potem podrywając się w IV i V secie, kiedy Novak już cierpiał katusze i (trochę) skrywał słabości za chorobą. Tsonga odpowiedział Courierowi po meczu, kiedy zobaczył, że rywal choruje: - Pięć lat temu.
Wtedy pierwszy raz Serb czynił dziwactwa na korcie, nagle osłabł i salwował się ucieczką z kortu. Albo cierpi na jakąś taemniczą niewydolność, albo musi pomóc sobie psychicznie.

14 piłek pod rząd przegrał Andy Murray w półfinale z Ciliciem!!! Też - jak Tsonga - wygrał. Po drodze pokazał uderzenia, które na 100 lat zawisną w galeriach najlepszych materiałów wideo. Tylko ci dwaj mogą zatrzymać jeszcze Króla Rogera w drodze po kolejny tytuł wielkoszlemowy. Czy szalony i spontaniczny, ale nader często niedokładny Tsonga? Czy dopiero Szkot, który odpocznie sobie dzień dłużej niż Szwajcar (co za bzdurna niesprawiedliwość!). A może nikt?

Federer grać dziś bowiem potrafi tenis nieogarniany przez najlepszych rywali nawet w najlepszej formie. Porównań Fibakowi zabraknie, Courierowi dobrych pytań, Wilanderowi czasu antenowego.

PS: Komunikat - urodzin nie będzie.

czwartek, 21 stycznia 2010

Jest 2.21. Bez sensu zarwana noc. Radwańska ograła Kudriawcewą 6:0, 6:2 w meczu, który nie tylko nie zasługiwał na II rundę Australian Open, ale też ani jednego turneju serii WTA. Rosjanka grała beznadziejnie i wielką zagadką sportu i tenisa jest, jak mogła ta sama osoba w 2008 r. pokonać Szarapową na Wimbledonie.

Zły jestem podwójnie, bo nie dość, że oglądałem idiotycznie beznadziejny mecz, w którym rywalka Polki każdym niemal zagraniem udowadniała, że do tenisa się nie nadaje, to jeszcze pozwoliła Radwańska Kudriawcewej na zdobycie punktów w drugiej partii, w której próbowała doszlusować do jej miernego poziomu. Mecz - katastrofa. Zero emocji. Rywalka pożal się Boże. Z kłopotami trafiała w kort, nie przymuszana waliła w siatkę. Radwańska - bez dowodu, że w Australian Open jest w formie. Nawet winnersów miała mniej niż Kudriawcewa. A mecz trwał 70 minut, o pół godziny za długo!

Najpierw Malek, teraz Kudriawcewa, obie dały Polce "wolny los" i awans do III rundy Australian Open. Nic nie można powiedzieć o formie Radwańskiej. Wiadomo jednak, że pozwala sobie na utratę koncentracji, ale cóż ją winić, przy takim poziomie przeciwniczek? A więc odpowiedź dopiero w następnym meczu. Oby nie boleśnie obnażająca braki, bo marzenie o drugim tygodniu w Melbourne może być taką samą utopią jak sny o potędze Kudriwcewej.

PS: Beznadziejna walka na froncie z wirusem.

środa, 20 stycznia 2010

Zarwane nie tylko przez transmisje z Australian Open noce pozwalają już rano obcować z tenisem w sposób bardzo kapryśny. Organizm zezwoli jedynie na trzymanie świadomości przy czymś niezwykłym. W środę rano polskiego czasu był to niemalże finał turnieju kobiet.

Nie jest to wyrażenie na wyrost, nie pamiętam po prostu, który pojedynek kobiet podobał mi się bardziej niż też II rundy Australian Open między Justine Henin i Jeleną Dementiewą. Jestem w tej grupie, która mając do wyboru dreszczowiec Del Potro - Blake (V setów i wygrana Argentyńczyka), a szachy jednych z najlepszych tenisistek świata, wybrałem to drugie. I nie żałuję.

Henin, Dementieva

Tu było bowiem wszystko, czego chimeryczny, niedokładny, przypadkowy i mało ciekawy (obecnie) damski tenis rangi WTA potrzebuje najbardziej, a czego brak powoduje, że jest lekceważony, także na turniejach Wielkiego Szlema.
1) Był smaczek jeszcze przed wyjściem na kort, bo Rosjanka była tą, która miała pecha, wpadając na nierozstawioną, wracającą po przerwie "Księżniczkę tenisa". Każdy chciał uniknąć Henin widząc w jakiej formie jest w Brisbane, będąc w drodze po odzyskanie numeru 1 na świecie. Ale ktoś musiał.
2) Był też to mecz tenistek, które grają ładnie. Belgijki bekhand jest unikatowy, zamaszysty, ale też taki "na odlew". Po crossie razi niesłychanie, wymusza od rywalek podniesienie piłki w głębokiej defensywie, po czym następuje zagranie firmowe nr 2 - atak przy siatce i złapanie przeciwniczki na wykroku. Majstersztyk widziany w tym meczu wiele razy.
3) Była też heroiczna obrona Dementiewej, próby rozgrywania akcji po kątach, coraz ostrzej, coraz bardziej skrajnie. Były momenty, że to Rosjanka wydawało się dopadła Henin, że znalazła sposób, jesli tylko nie bała się asekuracyjnie zagrać na środek.
4) Była dramaturgia - przełamania w pierwszym secie, w drugim obronione piłki meczowe Henin, potem setowa w tie-breaku dla Dementiewej, wreszcie koniec po blisko 3 godzinnej walce. Oczywiście zagraniem firmowym nr. 2.
To był finał - pięknem, poziomem, emocjami. Mniej siły, więcej klasyki. Tak też można wygrywać mecze. Coś fantastycznego!

Czy dziś czekają nas takie emocje? Grają Polacy - Radwańska z Rosjanką Ałłą Kudriawcewą (ok. 1 w nocy ), totalnym zaprzeczeniem tenisa a'la Demetiewa, czy Henin, oraz Kubot z Santiago Giraldo, Kolumbijczykiem (ok. 5-6 rano). To znów może być polski dzień!

PS: Lepiej niestety nie jest, co przyczynia się do nieprzespanych nocy z Melbourne w tle.

wtorek, 19 stycznia 2010

Tatiana Malek nie dała się rozgrzać Agnieszce Radwańskiej. Sklasyfikowana na 71 miejscu rankingu WTA Niemka miała słaby dzień. Bardzo słaby. Agnieszka Radwańska wygrała 6:1, 6:0. Mnie się to skojarzyło z ustawieniem w grze komputerowej poziomu amatorskiego, kiedy chcemy poćwiczyć i pobawić się ładnymi akcjami, wiedząc, że i tak się uda. Polce wychodziło wiele, wiele też uchodziło na sucho. Malek ograniczyła się do przebijania, a i wtedy często nie potrafiła trafić w kort.

Może tak łatwy mecz Radwańską uśpić? Może przydałby się cięższy trening w pierwszej rundzie, trochę walki, żeby wskoczyć na wysokie obroty? O konsekwencjach starcia z Malek - o ile takowe będą - dowiemy się w II rundzie, gdzie czeka na Polkę Ałła Kudryatcewa (88 WTA), która pokonała Melanie Oudin w trzech setach (gdy nagrywaliśmy to wideo Amerykanka prowadziła 6:2).

To mała niespodzianka, ale i nie totalny szok. Rosjanka zadziwiła swego czasu tenisowy świat (dziś to zdziwienie jest nieco mniejsze...) pokonując Szarapową na Wimbledonie 2008 i dochodząc tam do IV rundy. Po meczu z rodaczką powiedziała: "To miłe ją pokonać, bo - cóż - nie lubię jej strojów".

Trudniejsze zadanie przed Radwańską, bo Ałła jest - choć technicznie toporna - to silna, a z takimi Agnieszce zazwyczaj idzie ciężej. Polka musi wykorzystać swój ogromny atut - umiejętność skutecznej, zaskakującej defensywy, którą szybko można odmienić w atak. No bo strojem Rosjanki chyba nie sprowokuje? :-)

PS: Kociołek Gargamela - wrze i fetor w domu.

środa, 06 stycznia 2010

Nic lepszego w kobiecym tenisie nie mogło się wydarzyć. Przygnieciony ciężarem muskułów sióstr Williams, porażony chimerycznością Any Ivanović i Jeleny Janković, strzaskany przypadkowością rozstrzygnięć, na fali której do "10" awansowały m.in Azarenka czy Radwańska (oburzonym od razu odpowiadam - to nie krytyka, tylko fakt ujęty z pełnym szacunkiem dla wybitnych umiejętności obu tenisistek), dostał ów tenis prezent niezwykły.

Powroty Kim Clijsters i Justine Henin, wspaniałych Belgijek, które odchodząc z tenisowego świata wydawało się, że zostawiają materię sobię obcą. To nie była już ich gra - elegancka, ładna dla oka, w której liczył się i talent, i trening, i wachlarz opanowanych do perfekcji, ale przecież bardzo wielu różnych uderzeń. Kończyły z tenisem, w którym turniej mógł wygrać mężczyzna umiejący jedynie walnąć 220 km na godz. w serwisie i przez to nieprzegrywających własnych podań. Odeszły z tenisa, w którym dominacja sióstr Williams oparta była w mniejszym stopniu na ich perfekcyjnej i urozmaiconej grze, a bardziej na robotyce strzałów z każdym turniejem silniejszych. Działało, jeśli się Amerykankom chciało, na wszystkie dziewczyny.

Dziś obie Belgijki wróciły na kort. Mniejsza o powody, pole do spekulacji jest zbyt wielkie, a nie chcę powtarzać żenującego spektaklu dociekań, które towarzyszyły ich odejściom, gdzie plotki o dopingu i awanturach rodzinnych wypływały na pierwsze strony brukowców. Wróciły i dla mnie, kibica tenisa, możliwość oglądaniu ich obu jednocześnie na korcie jest dostatecznym powodem do wypisywania peanów.

Zaczęła Kim. W Cincinnati dotarła do ćwierćfinału w 2009 r., potem w następnym już turnieju wywalczyła tytuł w Nowym Jorku bijąc po drodze obie Williamsówny, Na Li, Bartoli i Wozniacki. Owacja dla Belgijki od amerykańskiej pybliczności - to znamienny dowód uwielbienia i docenienia wyczynu byłej numer światowego tenisa.
Teraz w Brisbane swój pierwszy turniej po przerwie gra Henin. Dopiero co oglądałem jej mecz z Karatczewą z Kazachstanu. Powiecie - któż to? Młoda dziewczyna z Kazachstanu, która słynnej rywalki się nie wystraszyła. Ponad wszystko przyjemnie było zobaczyć Belgijkę w akcji. Atak po linii, dojście do siatki i gaszona piłka na stronę bekhanową. Dropszoty, drivewoleje, plasowane serwisy wyrzucające rywalkę z kortu. I bekhend po crossie. Palce lizać. Siedziałem przed telewizorem i jak głupi o 11 rano z dzieckiem na rękach biliśmy brawo (bo już umie).

Oczywiście strzelała Henin też byki straszliwe. Po uderzeniu ramą piłka poleciała w trybuny, złapał ją pewien jegomość i wzudził aplauz australijskiej publiki. Zdarzały się auty dwumetrowe. Zdarzały się nieudane wypady do siatki. Ale to co najfajniesze, to fakt, że po ani jednej piłce nie sposób było odgadnąć jaki spektakl uderzeń w danej akcji zobaczymy. Nie było łubudu-łubudubu-gem-set-mecz.

Henin jest w ćwierćfinale i w czwartek rano gra z Węgierką Czink. Po drugiej stronie drabinki Clijsters gra z Safarzową. Tak sobie pomyślałem, że Henin może skopiować wyczyn Clijsters i w drugim turnieju zdobyć tytuł  w Australii. Ale też uczta dla kibca tenisa może przytrafić się wcześniej - w finale w Brisbane. Dotąd grały ze sobą 22 razy, o dwa zwycięstwa lepsza jest Henin. Ostatni pojedynek stoczyły na Wimbledonie w 2006 r. w półfinale. Wygrała Henin.

PS: Jak ja sie nią zajmę to urośnie ze 20 proc...

12:20, bartosz.raj , WTA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009

Tak jak większość fanów tenisa śledzę z wypiekami poczynania naszych tenisistów na ATP World Tour Finals, na każdym kroku przekonując wszystkich, że nie zdajemy sobie sprawy jak wielkie jest to osiągnięcie, że mamy 3 reprezentantów w tym prestiżowym, 24 osobowym gronie (bez rezerwowych - 8 singlistów z Federerem, Murrayem, czy bez formy bedącym Nadalem na czele i 16 deblistów - 8 par).

atp world tour finals

I prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, właśnie dzięki Fyrstenbergowi, Matkowskiemu (blog) i Kubotowi turniej deblistów interesuje mnie bardziej. Czas spędzony na obserwacji Polaków, ich szybkich i krótkich zazwyczaj, ale czasem karkołomnych wymian przy siatce i z głębi kortu, salt i prób morderstw piłką lecącą 200 km na godz. trafioną w szyję, pozwolił mi dojrzeć do myśli pewnie nie nowej, ale za każdym razem, gdy podnoszonej, ostro krytykowanej - zmian w punktacji tenisa.

Historyczny rys, legendę i fenomen liczenia do czterech w postaci 0-15-30-40-gem rozumiem, przyjmuję i szanuję. Jednak ryzykuję chwile zastanowienia się nad koniecznością gry na przewagi. Naprawdę w sporadycznych meczach zdarza się, aby takie trwające po kilka "deuce" gemy trzymały w napięciu. Najczęściej przy kolejnych błędach i równowadze idziemy sobie szybko zrobić herbatę.
Ot, generalizuję, celowo, ale tak często jest. Podobnie zresztą jak z pięciosetowymi pojedynkami w I rundach wielkich szlemów. Umówmy się - emocje są wtedy, gdy set zbliża sie do końca (jakikolwiek - 1, 2, 3, 4, 5), ale nie wtedy, kiedy jeden z tenisistów prowadzi 5:1 i prowadzi lub gdy obaj wygrywaja swoje pierwsze gemy serwisowe do zera, tak upiorne w starciach kiepskich technicznie, ale silnych drągali.
I znów na palcach jednej ręki możnaby policzyć pasjonujące maratony, w których ostatnio króluje Wimbledon - chociażby ostatni finał Roddick Federer.

Tak, lubię oglądać tenis nawet jeśli w eliminacjach gra 113 na świecie X z 176 Y, ale tym bardziej mam chyba prawo poddać pod dyskusję takie oto kontrowersyjne - jak każde zmiany w tenisie - pomysły:

- skasowanie przewag - jak w deblu - punkt zdobyty przy 40-40 jest decydujący.
- piąty set - jak w deblu - super tiebreak (przy trzy setowych pojedynkach nic nie zmieniamy, a super tiebreak możnaby wprowadzić np. tylko w pierwszych rundach wielkich turniejów - np. do ćwierćfinałów).

Nie są to pomysły ani kosmiczne, ani niespotykane (na wielu turniejach amatorskich chociażby rozgrywa się super tiebreaki). Nie uderzają już boleśnie w tradycję, bo de facto taka punktacja istnieje. I powodują, że ocaleć może przepis o drugim serwisie, który mi akurat wcale nie przeszkadza. Podnosi atrakcyjność, tempo, emocje. Jest sprawiedliwy. Cóż, ale chyba nie o racjonalne argumenty tu chodzi, prawda?

Ojca Raj: Co robi dziecko, kiedy nie może mówić.

16:50, bartosz.raj
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9